czarny
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarny. Pokaż wszystkie posty
Galeria na ścianie w salonie

Galeria na ścianie w salonie


Kilka tygodni temu pytałam Was tutaj o zdanie w tym temacie. Pusta ściana w salonie jakoś do mnie nie przemawiała i choć było jaśniej dzięki bieli to nadal byłam przekonana, że to właśnie galeria, którą sobie w głowie uradziłam, powinna się tu pojawić. 

Zainspirowałam się pewnym zdjęciem, chciałam, żeby było biało-czarno-szaro z dodatkiem drewna. Elementy tej galerii zbierałam miesiącami i powoli przygotowywałam się do tego projektu ale w głowie był tylko zarys, coś widziałam, ale nie miałam konkretnego pomysłu jak to rozwiesić. W ubiegłą sobotę przyszedł ten dzień, kiedy poczułam, że powinno sie udać, rozłożyłam wszystko na podłodze, przymierzałam, kombinowałam biegając od prania do gotowania, mieszając w międzyczasie pyrkający dżem truskawkowy, wskakując co chwilę do pokoju, żeby coś zmienić i przestawić, a potem wracałam do kolejnych domowych obowiązków. Było intensywnie, pracowicie, na szczęście mąż po całym dniu malowania domku dziewczynek powiesił wszystko ... skończyliśmy grubo po północy. Czy się udało? Efekty przedstawiam poniżej.

Galeria łączy wszystko co kocham najbardziej czyli ulubione kolory, czarno-białe fotografie, metalowy szyld, typografie, drewno. Kolorystycznie zgrywa się z pozostałymi elementami wystroju w salonie i mimo, że na ścianie jest też cegła i otwór, moim zdaniem bardzo ładnie się tutaj wpasowała. Nadała pazura, charakteru i klimatu. 


Nierównomierność, brak symetrii, nieregularny zarys, ramki w różnych kształtach i kolorach, różne tła dla zdjęć i typografii to efekt zamierzony. Niby wszystko z innej parafii a jednak zgrywa się ze sobą za pomocą kolorów. Taka galeria to projekt otwarty, pozwala dodawać, odejmować i zamieniać elementy w razie potrzeby, dla mnie dodatkowo jest właśnie taka, jaką sobie ją wymarzyłam.


Skąd wzięły się te wszystkie elementy? Zacznijmy od ramek, część z nich kupiłam jako nowe, zbierałam, gromadziłam, leżały i czekały cierpliwie na ten czas. Sporo z nich jeszcze leży, bo jest kilka ścian, na których co nieco chciałabym jeszcze powiesić. O dziwo trudno jest kupić szare ramki, jakoś nie spotkałam fajnych i ładnych, więc sama sobie takie zrobiłam. Zmieszałam białą i czarną farbę, żeby uzyskać pożądany odcień szarości i pomalowałam białe ramki, w których kiedyś wisiały tutaj nasze zdjęcia. 

Ciężko również o ramki drewniane, są albo drogie czy grube, albo ich odcień jest niezbyt ładny, tutaj miałam spory problem, bo w sobotę kiedy zabrałam się za ten temat, miałam tylko jedną, małą, kwadratową ramkę. Był w niej obrazek z Ikea, kupiliśmy go na etapie budowy, bo tak już chciało nam się wykańczać nasze kąty i zamieszkać, a wtedy do tego była jeszcze długa droga. Na szczęście obrazek dało się wykorzystać i całe szczęście, bo bez tej ramki nie byłoby tego efektu. 

Jedna drewniana ramka to wciąż dla mnie za ma mało, żeby osiągnąć to co chciałam, więc wpadłam na pomysł, aby jeden plakat zawiesić na wieszaku do ubrań. Znane i lubiane rozwiązanie, które chciałam wykorzystać od dawna tylko nie wiedziałam jak i gdzie. Z pomocą przyszedł mi również piękny, drewniany wieszak w kształcie dużej kropki (można używać jako uchwyt do mebli), który kupiłam kiedyś na wyprzedaży. A na koniec pobiegłam do łazienki i drapnęłam literkę A (jak Ala i Asia ;)). Chciałabym tutaj jednak coś jeszcze może zmodyfikować z tymi literkami, ale to nie teraz.


Najdłużej wyczekały się chyba czarno-białe fotografie, które przyjechały do nas od wspaniałej i niezwykle uzdolnionej artystycznie Agnieszki z bloga Agnetha.home (tej Pani nie trzeba Wam już chyba przedstawiać). Szkoda, że Aga nie sprzedaje już swoich zdjęć, bo byłoby z czego wybierać. Ja po prostu kocham czarno-białe zdjęcia! Zresztą uwielbiam bloga Agi, Jej produkty, zdjęcia i stylizacje. Część z tych zdjęć już wisi w korytarzu na dole od dłuższego czasu, ale z uwagi na moją powolność w realizacji wszystkich pomysłów, pozostałe grzecznie sobie leżakowały aż do ubiegłej soboty. 

Szyld upatrzyłam sobie kiedyś w innym wspaniałym miejscu w sieci, Myszkowiec bo o nim mowa, cudeńka można upolować (na moje szczęście, bo sama kiedyś uwielbiałam buszować po pchlich tragach, komisach i SH, ale z braku czasu niestety od dawna już się w takich miejscach nie pojawiam). Myślałam i myślałam, zbierałam się jak przysłowiowa "sójka za morze" i w końcu szyld kupił ktoś inny (nawet wiem kto ;)).  Ostatnio jednak, zupełnie niespodziewanie ustrzeliłam go na Westwing! Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, oczom nie wierzyłam szczególnie, że weszłam tam naprawdę przypadkowo!

Typografie z kolei zakupiłam kilka tygodni temu w TK Maxx, pisało o tym kilka koleżanek blogowych. W sumie to nie planowałam tego zakupu, myślałam, że kupię jakieś inne plakaty, może część wydrukuję lub zrobię po prostu sama. Kiedy byłyśmy w galerii na zakupach, wstąpiłam przy okazji do sklepu i oczy mi zabłysnęły kiedy zobaczyłam, że te zestawy tam są! To takie zestawy do tworzenia własnych galerii, zawierające różne typografie i obrazki w różnych kolorach, rozmiarach i układach.



Czasami moje aranżacje są dziełem przypadku i to wcale nie tylko ja mam najlepsze pomysły. Wyobraźcie sobie, że bardzo często nasza mała rusałka Asia przestawia mi coś podczas swoich zabaw i udaje Jej się nieraz strzelić w 10tkę. Tak było np. z tymi drewnianymi domkami, ja postawiłam je na parapecie w wykuszu, a Ona przestawiła je do tego okienka. To już był pierwszy krok, który mi się spodobał, a innym razem złączyła je ze sobą i uznałam, że naprawdę fajnie to wygląda ;)

Z kolei czarny stołek-drabinka został sobie tutaj, bo po prostu używaliśmy go podczas wieszania i tak mi spasował, że postanowiłam go na razie zostawić w tym miejscu ... więc jakby ktoś pytał to odpowiadam, że wszyscy domownicy tutaj mają coś do powiedzenia ;)



Dla przypomnienia poniżej zdjęcie całkowicie pustej ściany oraz zdjęcie, które mnie zainspirowało dawno temu i zawsze przeglądając inspiracje w sieci, po prostu zatrzymywałam na nim swój wzrok :)


źródło: Pinterest, Bloomingville AW 2013
Na koniec jeszcze chciałabym napisać o jednej istotnej sprawie, bo zakładam, że znajdzie się grupa osób, które będą pisać znowu negatywne komentarze odnośnie "angielskich napisów". Otóż Kochani nie widzę w tym nic złego, wręcz uważam, że posiadanie w domu dekoracji, które zawierają napisy w j.angielskim w żadnym stopniu nie ma nic wspólnego z kulturą narodową, zaśmiecaniem naszego języka czy brakiem szacunku dla kraju, w którym żyjemy. To tylko element dekoracji wnętrza i nie rozumiem dlaczego niektóre osoby chcą robić wokół tego taki szum? Poza tym żyjemy w czasach kiedy znajomość j.angielskiego jest powszechna, podróżujemy dużo, zwiedzamy inne kraje, używamy tego języka na co dzień w pracy. Ja sama posługuję się angielskim codziennie, moje obie córki uczą się w szkole prywatnej, więc ten język jest nam również bliski. 
Muszę przyznać, że dzisiaj to Was chyba zanudziłam, nie dość, że zdjęć dużo to jeszcze tekst taki długi. Jeśli dotrwaliście do końca to chciałabym Wam jeszcze gorąco podziękować za to, że jesteście, zaglądacie, piszecie do mnie wspaniałe maile i wiadomości na czatach, komentujecie i tutaj i na FB czy IG. Naprawdę utzymujecie ten blog przy życiu, bo chwile zwątpienia odnośnie jego prowadzenia pojawiają się bardzo często, a to właśnie dzięki moim Czytelnikom wciąż dostaję kopa do tego, żeby nadal dla Was pisać o tym co mi w duszy gra ;)
Ściskam
Iza
 
Typografie - TK Maxx
Metalowy szyld, drewniana litera - Westwing.pl
Czarno-białe fotografie - Agnethahome.pl 
Kapelusz, drabinka - Ikea
  
More black

More black


Biel, szarości, beże i rozmyte pastele to moje ulubione kolory, ale mniej więcej od roku stopniowo wprowadzam też więcej czarnych akcentów. Dlaczego? Po prostu się do nich przekonałam, metodą prób i błędów dostrzegłam jak świetnie czarne detale (ja znowu o detalach ;)) ożywiają nasze wnętrza.

Kiedy wprowadzaliśmy się do domu, nie chciałam nawet myśleć o czerni. Koniecznie marzyłam o jasnych wnętrzach, ale nieświadomie wybierałam też zdecydowanie jasne dodatki. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, jednak dopiero teraz po wprowadzeniu czarnych akcentów nabieram większej pewności, że idę w dobrym kierunku.

Czarną tablicę już pokazywałam, ale ten stołek jest nowy w tym towarzystwie. Pewnie pomyślicie, że to już nudne, bo z wieloma moimi zakupami tak bywa, ale tutaj było podobnie. Zbierałam się do zakupu i zbierałam, kilka razy już miałam jechać i nagle znikał ze sklepu, po czym znowu czekałam, żeby się w ogóle pojawił. Nie będę ukrywać, że wolałabym podobny ale podniszczony "duchem czasu", niestety nie udało mi się takiego znaleźć i w końcu się zdecydowałam.






Do zegara i szyldu dołączyła też drabinka, którą również można wykorzystywać jako stołek, stojak na kwiatki a nawet stolik (wedle uznania). Można ją też złożoną powiesić na ścianie. Ma z pewnością więcej funkcji niż poprzedni taborecik, którego używałam jako drabinki. Wysłużył się przez ostatnie lata, więc został przemalowany i powędrował do innego pomieszczenia, ale o tym kiedy indziej ;)





W salonie postanowiłam dodać pazura za pomocą czarnego plakatu, który wygląda jak postarzana tablica. Kupowałam go z myślą, że będzie oparty o ścianę, ale jak tu oprzeć coś co nie jest stabilne, nabyłam więc ramkę, ale szybko przekonałam się, że wersja bez ramki to jedyna słuszna decyzja. Po prostu nakleiłam go na tekturę i wygląda nawet całkiem fajnie.




Udało się również wykonać plan, który miałam w głowie od jakiegoś roku czyli przeniesienie na ścianę w górnym korytarzu trzech najważniejszych dla nas zdjęć z naszego życia, które do niedawna wisiały w salonie. W czarnych dużych ramkach wyglądają zdecydowanie lepiej, a korytarz nabrał w końcu życia. Znając siebie to z pewnością jeszcze tutaj wtrącę a to literkę a to jakiś napis, może cyferkę albo inną ozdobę, ale nic na siłę, powoli, przyjdzie taki dzień to będzie ;)





O tym, że lubię czarno białe fotografie i typografie to już chyba się przekonaliście. Tych od agnetha.home nie mogło u nas zabraknąć, są z nami już od dawna i nadal podobają mi się tak samo chociaż może ramki to sobie kiedyś odmienię albo będzie w ogóle bez ;)




W moim kąciku biurowym też wprowadziłam czarne akcenty, które już widzieliście, ale chyba jednak nie wszystkie choć wcale nie są nowe ;) Tutaj szczególnie chciałabym wspomnieć o dwóch przedmiotach, które mają dla mnie bardzo duże znaczenie. 

Obraz to ślubny prezent od jednego przemiłego Pana Janusza, tzw. "dusza człowiek" (wiecie co mam na myśli), który nie tylko namalował dla nas tą reprodukcję (obraz zaginął lub uległ zniszczeniu po roku 1939) ale również umilił nasze przyjęcie weselne szczególnym talentem muzycznym. Myślę, że nasi goście do dzisiaj z uśmiechem na twarzy wspominają te chwile właśnie dzięki Niemu i Jego zespołowi, a dodatkowo powiem też, że tak się złożyło, iż Pan Janusz to Tata pewnego znanego blogera, z którym w sumie nadal nie poznałam się osobiście ;)

Statyw z kolei to ubiegłoroczny prezent urodzinowy od Moich Ukochanych Rodziców, którzy bardzo cieszą się z tego, że odnalazłam w sobie taką pasję.





Na koniec najnowszy nabytek, który na razie w wersji "full" czyli z materiałem w środku powędrował do łazienki, ale jak mi się znudzi to będzie wersja bez i kto tam wie gdzie on jeszcze w naszym domu zawędruje ;) Kosz dosłownie teleportował do nas wczoraj, bo rano wypatrzyłam go na stronie, a już wieczorem był w naszym domu i wcale nie byłam w sklepie ;)




Na te dwa pozostałe też mam chrapkę, wszystkie kosze są z Jysk. Ten okrągły przerobię chyba na stolik ... a na stronie widnieje jako "kosz na śmieci" hahaha!




Myślę, że przekonałam Was do tego, że nawet jeśli lubimy jasne kolory i kochamy białe wnętrza to jednak czarne akcenty nadają niesamowitego charakter szczególnie jeśli ktoś lubi styl skandynawski.

Ja zmykam do pichcenia, bo jutro u nas druga najważniejsza w roku impreza czyli przyjęcie urodzinowe Alicji. Wczoraj robiłam do północy, a dzisiaj za karę, że teraz sobie siedzę na blogu to chyba będę robić do rana, ale co tam, czego się nie robi dla dzieci ;)

Pozdrawiam ciepło
Iza

Kuchnia i jadalnia po skandynawsku

Kuchnia i jadalnia po skandynawsku


Witajcie Moi Drodzy Czytelnicy!

Takiej długiej przerwy w blogowaniu jeszcze nie miałam, co prawda było mnie trochę na FB, założyłam nawet profil na IG w tym czasie, ale niestety blog porosły już pajęczyny. W tematyce wnętrzarskiej działo się u nas dużo, a na blogu odwrotnie proporcjonalnie - cisza. Dlaczego tak się stało? Postaram się trochę wyjaśnić choć nie jestem pewna czy jesteście tym zainteresowani, jednak gdybym ten temat całkowicie pominęła i przeszła po prostu dalej to nie byłabym sobą.

3 marca mieliśmy zaplanowany zabieg Asi (migdał gardłowy, migdały boczne, błona bębenkowa) i to był powód mojej długiej nieobecności. Nie było pytania o to czy go wykonywać, decyzja była jasna i jedyna, bo rozmiar był bardzo duży, dodatkowo były już problemy z ujemnym ciśnieniem w uchu. Najbardziej przykre jest to, że poszłam do laryngologa z własnej woli, wiedzy, obawy. Nie dostałam skierowania od żadnego z pediatrów, do których chodziłam z ciągle chorującym dzieckiem. Na jesień pierwsza wizyta, w moim przekonaniu profilaktyczna, a na koniec zimy już zabieg ...

Nie krzywduję sobie absolutnie, ubolewam nad dziećmi cierpiącymi na okropne i poważne choroby, żałuję i tulę dzieciątka porzucone, chore i źle traktowane, staram się pomagać kiedy tylko mogę, ale serce matki nie zna granic, zawsze boleje i troszczy się o swoje dzieci, cierpi nawet kiedy to nie ją nie boli. Ściśnięte gardło, wypieki na twarzy spowodowane powstrzymywaniem się od płaczu, bo przecież miała taki dobry humor i nie wiedziała do końca co czeka Ją po zabiegu i myśli, tysiące myśli, obaw, strachu, że coś pójdzie nie tak, że będą powikłania, że będzie cierpieć ... A w ogóle to jak to? Moja mała córeczka idzie na stół operacyjny? Będzie tam sama, beze mnie ... i będą ważyć się losy Jej zdrowia ... ktoś będzie ingerował w Jej malutkie ciało ... Mogłabym tak pisać i pisać. Przeżyłam to bardzo mocno, na swój ogromnie wrażliwy sposób, tak mam i już, niestety nie czuję się na siłach tego zmienić. Przed zabiegiem się stresowałam, wszystko mi się działo, płakałam po kątach, w trakcie zamarłam wytężając słuch aby wytropić wszystkie możliwe odgłosy jakie dochodziły z sali operacyjnej, po zabiegu cierpiałam razem z Nią. Najbardziej dotknął mnie moment, kiedy jeszcze śpiącą niósł Ją na rękach lekarz anestezjolog, niewyobrażalne uczucie, praktycznie nie do opisania, a potem moment przebudzenia i przeraźliwie żałosny płacz, cichy i delikatny, ale tak ujmujący i ściskający za serce ... po obu porodach to z pewnością kolejny kamień milowy na mojej drodze ...

Jestem szczęśliwa, że nasza Pani doktor okazała się być nie tylko wspaniałym specjalistą, ale przede wszystkim człowiekiem i wspierała nas bardzo w tym trudnym dniu.

A potem, miało być lekko, miała jeść lody i leki przeciwbólowe miały pomagać, ale niestety w naszym przypadku wyglądało to inaczej. W trakcie zabiegu pojawiło się duże krwawienie co spowodowało potem wymioty, silniejszy ból, brak apetytu, ogólnie bardzo nieprzyjemne skutki i dłuższe gojenie. 

Adrenalina trzymała mnie kilka dni i dobrze, bo miałam siłę, żeby Ją nosić na rękach, spełniać Jej zachcianki, spędzać 100% czasu, a później mój organizm zaczął odrabiać straty i niestety wieczorami padałam z nóg. Nie mogłam zastartować, wciąż myślami tam i wtedy, rozkojarzona, zamyślona, wybita z rytmu ... Dopiero od kilku dni powoli mogę powiedzieć, że zaczynam wracać na normalne tory, ale żeby nie było tak kolorowo, cały ubiegły tydzień chora była Alicja a Asia od kilku dni kaszle, jutro kolejna wizyta. Już od miesiąca trwa u nas sezon infekcyjno - szpitalny, tkwię w maraźmie leków, wizyt lekarskich i szpitalnych.

Te wszystkie zmiany, które dokonały się u nas w ostatnim czasie miały być odskocznią i pocieszeniem, lekiem na całe zło ale nawet mnie, świrniętej na punkcie tematyki wnętrzarskiej, zwyczajnie nie cieszyły.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że już cieszą i poprawiają humor, więc przerywam ten zastój blogowy i chcę pokazać Wam jak zmieniła się nasza kuchnia i jadalnia. Pojawiły się w niej elementy, które dodały więcej klimatu skandynawskiego (moim zdaniem choć tak naprawdę ten styl ma wiele różnych odmian). Wszystkie te rzeczy miałam w głowie już dawno, ale leżakowały jak to zwykle u mnie. W sumie to dobrze, bo mogłam bardziej przekonać się, że to dobre decyzje.

Czarna tablica. Jeszcze rok temu chciałam powiesić tutaj zwykłą tablicę w drewnianej ramie, ale nie chciałam dziurawić mebli i wciąż zwlekałam. I dobrze, bo w końcu dojrzałam do tego, aby zrobić bardziej radykalny krok. Tablica składa się z czterech samoprzylepnych folii, bo akurat takie były dostępne w tchibo.pl, ale można zakupić też folię w jednym kawałku. Jest to nie tylko powierzchnia do pisania kredą ale również magnetyczna tyle, że nie zdążyłam nabyć fajnych magnesów.

Innym sposobem na taką tablicę może być pomalowanie ściany czy innej powierzchni farbą tablicową. Na blogach u koleżanek jest sporo informacji na ten temat, sama zamierzam z nich skorzystać w najbliższym czasie, bo chcemy pomalować ścianę u Asi w pokoju. W przypadku mebli kuchennych naszym zdaniem lepiej sprawdziła się folia, którą będzie kiedyś można po prostu odkleić.

Tablica okazała się nie tylko fajnym pazurem i elementem skandynawskim, ale również świetną formą zabawy dla dziewczynek. Poniżej np. hasło wpisane przez Alicję i rysunki Asi.









Dywan. Brakowało mi go tutaj bardzo i żałuję, że tak długo zwlekałam. Tak naprawdę kuchnia i jadalnia to u nas serce domu, to tutaj spędzamy najwięcej czasu razem. Dziewczynki bardzo lubią tańczyć albo po prostu bawić się właśnie w tym miejscu i teraz mogą to robić bez obawy, że matka panikara będzie się wkurzać ;)

Poza tym wydaje mi się, że ten wzór bardzo ożywił to miejsce, jest wciąż monochromatycznie, ale jednak zdecydowanie bardziej ciekawie. To oczywiście moja opinia, ciekawa jestem co Wy o tym sądzicie?






Duża lampa w stylu industrialnym. Zawisła na środku pomiędzy kuchnią a jadalnią. Foto (Ikea) w największym rozmiarze, nie byłam pewna czy nie będzie za duża. Dość długo w tym miejscu wisiał wiklinowy wianek, który ozdabiałam różnymi zawieszkami, ale brakowało mi jednak tutaj światła, po pierwsze właśnie do zabaw dla dzieci a po drugie, po rozłożeniu stołu ta część była nieoświetlona.




Kable w oplocie. Kiedyś już o tym pisałam, chciałam nadać tym lampom trochę indywidualnego charakteru. Nie szukałam w sieci, być może ktoś już je przerabiał, ale ja takich nie widziałam do tej pory. Ogólnie muszę przyznać, że łatwo nie jest, bo są to lampy tanie i zmontowane na stałe, ale mój mąż to złota rączka, więc i takim ograniczeniom dał radę ;)

Kable na metry można kupić np. na allegro, ale ja uznałam, że cenowo lepiej jednak będzie zakupić gotowe zestawy (oprawka z kablem 1,8m) w Ikea. 






Chętnie poznam Wasze opinie na temat tych wszystkich zmian. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was dzisiaj tym długim wstępem osobistym. Cieszę się, że nadal jesteście, mimo mojego braku zainteresowania blogiem, bardzo Wam za to dziękuję! I nawet kilka nowych osób witam na pokładzie! 

Iza


A gdyby ktoś pytał:
Dywan - Ikea
Lampy, kable w oplocie - Ikea
Tablice magnetyczne - Tchibo


Home office part 2

Home office part 2


Wiecie już przecież, że ze mnie niecierpliwy typ, dlatego mimo, że decyzja czy nad biurkiem półka czy tablica czy też bez nie zapadła to zabrałam się jednak za klecenie kącika, no nie wytrzymałabym.

Zamiast się zastanawiać gdzie wbić gwoździa czy wywiercić dziurę, po prostu zrobiłam kompozycję, która będzie pewnie zmieniać się w miarę pomysłów i potrzeb ;)

Nad biurkiem powiesiłam grafikę i zdjęcie od Agi z Agnetha Home, tej Kobiety przedstawiać chyba nie trzeba ;) Mam jeszcze w zanadrzu kilka sztuk, bo zdjęcia kupiłam u Agi hurtowo, a w prezencie dostałam typografie.

Kupiłam kosz z HM Home! Pisałam Wam, że miałam go w rękach już kilka razy, ale nie miałam wcześniej konkretnego przeznaczenia.




Zdecydowałam, że na obecną chwilę biurko zostanie, bo trochę kosztowało, a poza tym pomieści sporo moich przeróżnych gratów, które do tej pory trzymałam u siebie w garderobie.




Drabina nadal zostaje, bo jest na razie dla niej miejsce, po drugie uważam, że fajnie się komponuje, a regał wciąż pod znakiem zapytania, ze względu na stałe mocowanie do ściany i problem z dostępem do skrzynki rozdzielczej.







Białe, drewniane pudełko to prezent od męża, zrobił mi niespodziankę któregoś dnia. 
A pudełko, jak to zwykle u nas bywa, leżało sobie gdzieś w piwnicy niepotrzebne, więc pomalował i położył mi na biurku a ja dopisałam napis :)













Moppe na razie w wersji oryginalnej, ale ostatnio u Oli z decorolka kupiłam uchwyty i mam w planach jakieś malnięcie (tylko nie wiem jeszcze na jaki kolor) i zamontowanie uchwytów ...




Ja jestem zadowolona z efektu, gdyż udało mi się w miarę szybko go osiągnąć, nie były też potrzebne żadne inwazyjne zmiany. Oczywiście jak to ze mną bywa, z pewnością to miejsce będzie ewaluowało w miarę upływu czasu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba :)


Na koniec jeszcze się pochwalę, że udało mi się w tym roku dołączyć do grona blogerów, którzy w dniach 11-12 października wezmą udział w MEETBLOGIN podczas Łódź Design Festival :) :) :)


http://interiorsdesignblog.com/meetblogin/


Szczegółowe informacje możecie znaleźć po kliknięciu na baner, jest tam lista uczestników oraz cały plan na te dwa dni. Niektóre ze spotkań będą otwarte dla pozostałych uczestników targów, więc być może ktoś z Was również się tam wybierze :)

To tyle na dzisiaj Kochani!
Jesteśmy Mistrzami Świata w siatkówce Brawoooo!!!


Stary kosz druciak i czarne akcenty w salonie

Stary kosz druciak i czarne akcenty w salonie


Witajcie Kochani!

Coś długa przerwa znowu się mi trafiła, ale ostatnio wysokie obroty i czasu brak. Robię po kolei to co na dany dzień najpilniejsze a wieczorem kiedy mam dopiero czas na bloga, padam i zasypiam, tak też było i wczoraj, ale dzisiaj się zawzięłam chociaż mało brakowało i zasnęłabym kolejny raz.

Dzisiaj będzie trochę o druciakach, a konkretnie o drucianym koszu, który zupełnie przypadkowo wyszperałam w sieci.

Zobaczycie też jak powoli wprowadzam czarne akcenty do naszego domu i muszę przyznać, że jest mi z tym całkiem dobrze.




Takiego kosza szukałam  już od dawna, co ja piszę, nie takiego, w zasadzie każdego w dużym rozmiarze ;) ale ceny sięgające stówy lub więcej nie do końca do mnie przemawiały, więc co jakiś czas szperam w sieci czy aby czegoś ciekawego nie rzucili dla takich jak ja.

Ten kosz jak widać jest wykonany z siatki ogrodzeniowej, podobno służył do przechowywania jabłek (o ile dobrze pamiętam) i został przez sprzedającego pomalowany na biało.




Przeglądając inspiracje w stylach mi ulubionych zawsze zachwycam się wszelakiego rodzaju metalowymi koszami i pojemnikami, zwłaszcza w kolorze szarym lub czarnym.

Nie jest to z pewnością taki kosz jaki bym chciała, ale ten też jest fajny i myślę, że jeszcze w wielu stylizacjach mi posłuży. 





Ostatnio stopniowo i na próbę wprowadzałam czarne akcenty i zauważyłam, że świetnie się prezentują, podkreślają bazę i dodają pazura ;)














Witrynka znowu w nowej aranżacji, tym razem w roli głównej goździki z naszej działki i książka Miny z Villa Vanilla, która jest moją ulubienicą ;) 




Mąż postukał mi po głowie kiedy kilka miesięcy temu przyniosłam ją do domu, no bo przecież kto przy zdrowych zmysłach kupuje książkę, która sporo kosztuje i napisana jest w języku, którego nie zna się na tyle, aby swobodnie ją czytać :D

Pisałam do Miny ale niestety nie miała możliwości wydania książki w języku angielskim.




Ale dla mnie to nie problem, i tak wracam do niej za każdym razem kiedy siadam w salonie i delektuję się Jej pięknymi aranżacjami tak, jak na przykład w ubiegłą niedzielę, kiedy mąż zrobił mi zdjęcie, całkiem fajne zresztą ;)




No to tradycyjnie już chyba ślę do Was dobre słowo na niedzielę, bo północ już za nami ;) a ja zdradzę Wam, że kolejna wiosna za mną, oj tak :)

Do miłego Moi Mili, mam nadzieję, że tym razem będę mogła szybciej napisać kolejny post.

Copyright © lifespace(r) , Blogger